piątek, 13 sierpnia 2010

posljedni post

Ok 23 przypomniało nam się, ze miałymy kupić ... pomidory. Padł zakład... Marta oznajmiła, że tutaj o tej porze nigdzie nie kupimy pomidorów, a Danusia wyruszyła w miasto. Po około 10 minutach wróciła trzymając w ręce 2 lizaki, paczkę semiczków(słonecznik) no i zwycięskie pomidory! Uradowana czekała na wygraną... czyli Martę tańczącą na schodach przy głównym wejścu na dworzec. Wszystko jest udokumentowane - chętnych zapraszam - wkrótce na youtubie;)
Kiedy wreszcie zabiłyśmy czas, a na prawdę robiłyśmy już wszystko... (WSZYSTKO!) nadjechał pociąg. Jak pewnie znacie nasze parszywe szczęście nasz wagon znajdował się na saaaaaamyyyyym kooooońcuuuuuu pociągu, który liczył jakieś 20 wagonów.... wygodnie usadowiłyśmy się naszych wierchnich łóżkach w naszej prywatnej niedrogiej saunie i ruszyłyśmy na podbój Krymu!
plus minus 12 godzin później wysiadłyśmy z sauny do jeszcze większej sauny o wdzięcznej nazwie Symferopol, złapałyśmy trolejbusa (wiecie, że z Symferopola prowadzi najdłuższa na świecie 'droga' trolejbusowa do Jałty która ma około 100 km?) do Ałuszty. Po dwóch godzinach drogi wysiadłyśmy na dworcu autobusowym i rozpoczełyśmy polowanie na pokój. Ku naszej radości sama nawinęła się przyjemna kobita, która za rozsądną cenę zaoferowała nam pokój, także 15 minut później brałyśmy prysznic w naszym nowym malutkim mieszkanku.
Po zakosztowaniu odrobiny luksusu (tak, chodzi mi o prysznic) postanowiłyśmy poszukac morza, które znalazłyśmy jak milion innych ludzi, którzy ewidentnie zrobili to szybciej niż my ;P jednak Ałuszta piękna,piękna, no pięęęękna...
Następnego dnia wybrałyśmy się na pierwszą wycieczkę krajoznawczą do Jałty oraz Haspry gdzie znajduje się prześliczne Jaskółcze Gniazdo. Dzięki temu, że ciut zabłądziłyśmy, a Marta potrafi zapytać o drogę, uprzejmy pan pilnujący wejścia do super wypaśnego sanatorium wpuścił nas 'tylnym' wejściem mówiąc, że jakby co to jesteśmy jego znajomymi, tym oto sposobem zwiedziłyśmy jaskółcze gniazdo z bliska i zaoszczędziłyśmy 5 hrywien każda (wiecie, że 6 to piwo, a 5 to pół litra... wody mineralnej oczywiście). Widoki imponujące, a plaża, morze, zatoczki, aż zachciało nam się wykąpać... niestety nigdzie nie było zejścia do morza... Dotarłyśmy do Jałty i zdesperowane postanowiłyśmy się jednak dziś popluskać. Znalazłyśmy darmową 'plażę' pełną kamieni i... ludzi! (wyobraźcie sobie kwadrat 20m na 20m i na nim 10000 ludzi, o tak było ;P) znalazłyśmy tam też wygodne leżaczki, jednak podszedł pan i zaoferował nam wynajem jednego za... 45 hrywien, węc grzecznie podziękowałyśmy (pamiętacie ile piwo, nie?)
Następnego dnia zachciało nam się wycieczki do Sudaku, jednka marszrutka uszła nam sprzed nosa... a kolejna była za jedyne..5 godzin. Szybko zmieniłyśmy plany na Massandrę, gdzie planowałyśmy znaleźć miłą zatoczkę, bez ludzi, bez brudu, bez hałasu... Jako, że Massandra to miasteczko górski a morze znajduje się w dole zaczęłyśmy schodzić, schodzić, schodzić, schodzić... i tym sposobem dotarłyśmy do... Jałty! juuuhuuu! znalazłyśmy drugą darmową plażę, tym raze bez kamieni, ale na betonie :D jednak woda była niesamowita, niebieściutka, przezroczysta i ciepła (ona miał 23 stopnie!!!!!)a widoki... wchodzi do morza i patrzysz na góry <3 raj na ziemi seriooo!
Każdego dnia, postanowiłyśmy także skosztować czegoś typowo ukraińskiego lub Krymskiego, poprzez piwo, słodycze, dziwne pierożki, wareniki i inne cudeńka.
Niestety czas leci niesamowicie szybko więc przyszedł czas na powrót do Odessy, wracałyśmy zajebiście klimatyzowanym pociągiem, który chłodził się całą noc aby nad ranem być znośny...
Dzień w odessie nie był jakiś tam niesamowity więc nie będziemy się specjalnie rozpisywać właśnie siedzimy w całkiem przyjemnym hosteliku z masą międzynarodowych ludzi, który ma superaśny wystrój (jak dla mnie- Marta) tapetę jakby z gazet w pokoju na ścianie jest biała tablica, na której możesz napisać cokolwiek chcesz i wpisy są śmieszące :D
jutro z rana targamy nasze sumeczki na aerowagzał i frruuuuu do polszy!
seeeyouuuu there!!!!
buziaki
Danusia&Marta

Końcówki

Privyet!

Z racji tego, że bardzo długo nic nie było, postanowiłyśmy to ciut nadrobić :)
Otóż gdy wróciłyśmy na nasz cudny kamp o wdzięcznej nazwie 'czajka' (tłum. mewa) wszystko poszło w miarę z górki...
tydzień w Segreevce z Anią wykosztował nas niemiłosiernie, nie wiedzieć czemu ale zleciał on jak z bicza strzelił, miała okazję przywitać się z morzem, pożegnać się z morzem, poznać całą masę Ukraińskich Don Juanów ;P no i trafić na naszego cudownego Sylwestra, który spędziłyśmy na plaży, pijąc szampana Odessa, i patrząc na wschód słońca :) także w związku z tym wszystkim, życzymy wszystkiego najlepszego w nadchodzącym nowym roku ;P
Pierwsze pożegnania rozpoczęły się gdy dziewczęta opuszczały nasz prześliczny koniec świata, odczułyśmy je wszystkie bardzo bolośnie, jednak dla Marty i Danusi (chwała Bogu!) nie był to jeszcze koniec... W Segeevce spędziłyśmy jeszcze kilka słonecznych dni, i kilka upojnych nocy ;P Żegnając się prawie każdego dnia (pominę, że także nocy, okej?) z każdym dniem było co raz bliżej i bliżej finalnej daty wyjazdu a humory z dnia na dzień były co raz bardziej grusne (rozumiecie o co cho nie? bo Marta nie może znaleźć polskiego słowa...). W przeddzień wyjazdu rozpacz jak możecie się domyślić się skumulowała, poobściskiwałyśmy się i wycałowałyśmy ze wszytskimi (nawet z przystojnym panem dyrektorem, który btw ma 23 lat, Danka mówi, że mam napisać, że ją też ucałował...) no i uszłyśmy do naszej Czajeczki. Nieomeszkałyśmy następnego dnia z rana wpaść jednak na plażę, gdzie usłyszałyśmy, że chyba jednak nigdy nie wyjedziemy (kto się ze mną wczoraj żegnał? no jedziemy po obiedzie- tak, tak teraz po obiedzie, potem po kolacji, potem jutro, a potem nigdy ;P - Pan Dyrektor ;P)Jednak wyjechałyśmy, zaraz po obiedzie zebrałyśmy nasze walizeczki i ruszyłyśmy na jakże wygodną marszruteczkę. W sołnecznym spotkała nas jakże miła niespodzianka, w ciągnięciu walizeczek pomógł nam chłopak Marty, który konspiracyjnym tonem oświadczył, że ucieka z tego kampu na zawsze do domu i jedzie z nami. I całe szczęście bo swoim cudownym humorem, śpiewaniem, żartami i dziwnymi wierszykami, o babci i wnuczku, którzy jedli piasek, rozwiał troszkę chmury rozpaczy, które nad nami od paru dni wisiały.
Po nocy spędzonej u buddyego Marty, paląc sziszę i jedząc jedzenie (inne niż to na kampie, nie zerkajcie pod hasło jedzenie wcześniej), plotkując i słuchając rosyjskiej muzyki do 5 rano... wstałyśmy rzeskie, piękne i pachnące o 8 rano, aby do 23:49 włóczyć sie po Odessie czekając na pociąg do Simferopola....

wtorek, 27 lipca 2010

eXchange is BOOM dynamite

post


czecho!

dziś nie mamy weny siedzimy z Anią w Odessie w Pizdatej chacie i chłoniemy internet.
Od paru dni jesteśmy również w ogromnej rozpaczy, gdyż Kruella De Mon wyrzuciła nas z NASZEGO obozu i przeniosła do obozu obok, także 20 minut piechotą przechodzimy aby spotkać naszych kochanych ziomków z Sołnecznego Bjerjegu. Dlatego ogłaszamy wszechobecną żałobę, postów nie będzie...

(Marta i Paulina tylko cicho rzucą, że wczoraj poszły na disco w naszym starym kampie i miały okazję spożyć odrobinę alkoholu w towarzystwie pana dyrektora, który z nimi rozmawiał, jarał się ich znajomością brzydkich słów w języku rosyjskim, ma 23 lata, i ofiarował swoją pomoc abyśmy kogokolwiek poznały w nowym kampie... szkoda, że jakieś dziecko rozerwało sobie śledzionę i akurat miało operację, bo może byśmy dłużej piły w tak doborowym towarzystwie :) bo wyściskaniu naszych kochanych chopaków (ponieważ 3 dni spędzamy w odessie więc się nie będziemy widzieć) obiecaniu, że przyjdziemy jeszcze po odessie, wróciłyśmy do naszego nowego więzienia, w którym nie znamy nikogo, a prysznice otwierane są dwa razy dziennie... koniec opowieści, w bonusie nasze zdjęcie z Panem dyrektorem, jaracie się... )

Paka!(po ros. 'cześć' na pożegnanie, po tajwańsku 'dupa') spędzamy 3 dni w cywilizacji i wracamy do naszej wioseczki, z Anią :D (nie wiemy dlaczego na zdjęcia z naszymi znajomymi nie reagowała entuzjastycznie i do każdego miała jakieś halo, oni są na prawdę super, to nic, że nie wszyscy są modelami, czasem nawet nie są przystojni, ale są naszymi ziomami z Sergeevki, i mówcie co chcecie, są kochani!

narazicho!

środa, 21 lipca 2010

fot

fot

foty foty

fotki

Kilka rzeczy, ktore trzeba zrobic przed trzydziestka


Znudzone monotonia zycia w obozie, starzejac sie z dnia na dzien zdecydowalysmy sie zrobic cos szalonego i na naszej check liscie 'spraw do zrobienia przed 30stka' pojawilo sie kilka nowych pozycji. Postanowilismy pojsc z innymi na plaze w nocy. Szalone? Oczywiscie ze tak jesli w pewnym momencie decydujesz sie wbiec w bieliznie do morza i robisz sobie zdjecia;p A probowaliscie kiedys kapac sie nago?? No i tutaj zaskoczymy was (lub nie) TAK!! zrobilysmy to. Bylo cudnie. Morze bylo bardzo cieple, a niebo bylo pelne spadajacych gwiazd. Po nocnej kapieli przyszedl czas na moldawskie wino z woda gazowana (inaczej piszac degustowalysmy wino, ktore dostalysmy w prezencie od praktykantki z Moldawii). W pewnym momencie Paullina zorientowala sie ze w ferworze pozbywania sie ubran polozyla gdzies swoj zegarek i po cudnej kapieli nie wiedzialysmy gdzie on jest. Czyli przyszla pora na szukanie skarbow! Mialysmy profesjonalny sprzet: telefony, wlasne dlonie i stopy. Na czworaka przeszukiwalysmy kazdy m2 piaszczystej plazy. Po dlugiej zabawie w chowanego znalazlysmy zegarek... w bucie innej Polki! (i jak tu obalac stereotypy??!!!;P). Bez bielizny na sobie, ale za to z piaskiem miedzy posladkami wrocilysmy do naszego pokoju z tajwanskim klimatem...

Dzień na opak


przyszedl na naszym lagrze taki dzien kiedy postanowiono ze wszystko bedzie na opak...
zaczelismy od dyskoteki, ktora stety-niestety przespalysmy, ale hiciory dolatywaly do naszych uszu przez nasz uchylony balkon. potem poszlismy na kolacje... jednak najciekawsze w tym wszystkim bylo to iz... chlopaki byli dziewczynami, a dziewczyny chopakami. jesli chodzi o laski to jeszcze luz, jakies spodeneczki, czapeczki, dorysowane wasy, ale chlopaki... mraaaau kiecuszki, geterki, makijaze, buty na obcasach! niektorzy z nich mogliby spokojnie zarabiac jako transwestyci, serio! przebierali sie kilka razy dziennie, malowali paznokietki no cud miod malina! malo tego chodzenia w ciuszkach w godzinach popoludniowych plcie rozgrywaly 'zawodowy'mecz futbolowy, pierwsze 10 minut byla pilka nozna ktora w wykonaniu chlopakow(w ich roli dziewczyny) bylo istna komedia, a dziewczynki (w tej roli faceci) biegali w kiecuszkach kopia z calej sily pilke. Po 10 minutach do gry weszla druga pilka, kolejne 5 minut bylo juz gra w pilke nozna z mozliwoscia uzywania rak, po uplynieciu tychze 5 minut zasady poszly w odstawke i gole strzelalo sie donoszac cokolwiek do bramki przeciwnika i tak 'dziewczyny' wnosili do bramki 'chlopakow' zdobywajac niezliczona ilosc bramek, na koniec na boisko wbiegly dzieciaki z butelkami wody i oblewaly swoich kochanych nauczycieli... Wieczorem odbyly sie wybory 'Miss Solnecznego Bierjega'. Naszą uwage skupilysmy na 'dziewczynach' . Tym razem po strojach sportowych byl czas na kreacje wieczorowe. Na wybiegu nawet pokazala sie 'Marta' i o malo co nie wygrala konkursu! Jej imię skandowali w calej Alabamie! Jak plotka niesie wszystko bylo ustawione, a "Pietrowskaja" (ktora wygrala wybory miss) wiedziala, gdzie komu puszczac oczko, pokazac kawalek nogi i zrzucac swoje czarne stringi. Dzien jak co dzien zakonczyl sie poranna gimnastyka i poszlismy 'spac'.

Najebana Kupała


kilka dni temu mialysmy zaszczyt uczestniczyc w lokalnym swiecie ktore na nasze ucho brzmialo: najebana kupala... i mniej wiecej to swietego wawrzynca. Dziewczeta wily wianki, potem rzucaly je do falujacej wody, dokladnie do ljemana (zatoki, ktora dzieli nas od morza) jako ze mialysmy wtedy ogromna ochote na cos ze smakiem poszlysmy na frytki i niestety nie wiemy gdzie mieszka nasz maz, nie mialysmy wiankow, no ale trudno... (paulina mowi, ze wie gdzie mieszka jej maz, okej to my nie wiemy)
potem poukladali ogniska dwa ogromne i cztery malutkie, i po wystapieniu wszytskich grup dzieci, ktore spiewaly, krzyczaly, tanczyly ogniska zaplonely i skakali przez nie na szczescie :) po odspiewaniu rodosnie hymnu solonecznego bierjegu pobieglismy radosnie na dyskoteke ktora rozkrecal sam... DJ SMILE!

nasza Komnata


Jak na prawdziwe ksiezniczki przystalo mieszkamy w komnacie i kazdego dnia budzimy sie piekniejsze :) a historia naszej komnaty jest o taka....

kiedy pierwszego dnia przyjechalysmy do naszego cudnego lagru (tlum.obozu) bylo nas szescioro... my trzy oraz dwie dziewczyny i jeden chlopak z Turcji, kiedy jakis chlopak, ktory podobno mial mowic po angielsku (test był taki: is it far away? -odp. mina mowiaca 'nic K*** nie rozumiem' -dzis juz wiemy ze to Pietrowski, ktory kocha nas wszystkie bo to taka ukrainska tradycja, jest superstar, spiewa na koncertach i robi szol, a i po ang mówi tylko I love you babe, i moglby byc zawodowym transwestyta) zaprowadzil nas do tri etaznego korpusu (tlum. trzy pietrowego budynku) wyniknal pierwszy problem... otoz okazalo sie iz sa dla nas przewidziane dwie komnaty (tlum. pokoje) 4-osobowa i 2-osobowa i wsio :) jako ze postanowilysmy wykazac sie nasza aiesecowa tolerancja i wogole byc mile to pozwolilysmy dziewczynom zajac dwojke, same przygarniajac turaska... lozka zaklepalysmy szybko, wiec biedak musial spac na gornej czesci pietrowego lozka...wraz z Danka (w sensie ona na dole, żeby nie było ;) ). Zylo nam sie calkiem dobrze wolalysmy aby zakrywal oczy kiedy sie przebieralysmy, on mowil: 'Is it funny for you, Maaartaaaa?' (pokazemy Wam jak, jak tylko wrocimy, bo to smieszace ;P) no i tak przemieszkalismy sobie tydzien razem nie wadzac sobie nawzajem, w milej atmosferze... a po tygodniu zjawil sie... Rafi. Chlopak z Indonezji, i postanowili, ze Ozan bedzie mieszkal z nim a nie z nami.... poplakalismy, potesknilismy i pewnego 'pieknego' dnia na pocieszenie dostalysmy (jak mawiaja tutejsi) kitanca... przyjechal Shadow w Tajwanu... i zaczelo sie... jego dzien wyglada mniej wiecej tak: wstaje o 6:00 (ma baaardzo glosny budzik!) zaczyna od umycia buzi, raczek i nie wiem czego jeszcze, a pewnie zebow odkrecajac kran naszej ledwo-trzymajaca-sie-sciany umywalki pokojowej bardzo mocno, że ta woda tak glosno leci (mozecie sobie to porownac z szumem lisci jak sie ma kaca- takie dycybele!) potem robi gimnastyke, ktora trwa okolo 30 sekund, macha rekami na prawo i lewo jakby chcial kogos zabic, Rafi mowi ze to moze byc Tekwondo (jakkolwiek sie to pisze) ale nie podejrzewamy go o takie zdolnosci. Gra na flecie, właściwie to na trzech... Robi jeszcze wiele fajowych rzeczy, serio! tak, ze z przyjemnoscia wykorzystujemy nasze AIESECowe przygotowanie do znoszenia roznic kulturowych, ktore w naszym pokoju maja sie swietnie. Ostatnio mamy jeszcze cztery nowe kolezanki jedna to Aga z polski i ona mowi po rosyjsku, dlatego obawiamy sie ze nauczyciele i instruktorzy sportowi juz nie beda nas lubic i z nami gadac bo my tak ploho (tłum. zle) mowimy po rusku a ona swietnie... ale twierdza ze dalej nas lubia. druga przyjechale z Serbi, jeszcze z nia za duzo nie gadalysmy, no ale na pewno bedzie jeszcze okazja. Kolejna to Krisztina z Wegier, byla OGiXksem w Radzie, no i Helena z Moldawii - Comm z zapedami na eLCePa;) Co do Turczynek, bo o nich ciut malo, sa spoko, czasem troszke zamulaja ale jest cool!

A wracajac do naszej komnaty, to powiesilysmy sobie na scianie mape slaska i pocztowke z logo Katowic i zrobilo nam sie przytulniej. Mamy duzo gosci, moze to znaczy ze nas lubia...? ktokolwiek wchodzi do naszego pokoju pyta dlaczego spimy w 'sypialnych myszkach' (fajne nie? ;P to spiwory sa) i maja z tego mega ubaw, nie wiedziec czemu... ogolnie przychodza wieczorami na 'ciut ciut' (ktore trzymamy w lodowce pod lozkiem) lub z 'ciut ciut' lub poprostu powiedziec nam spokojnej noczi, czasem mamy nowe zwierzatko w pokoju po za komarami i muchami, przychodza pajaczki (dzisiaj mialysmy prawie tarantule! ale Artjom zawolany na pomoc bystro sie z nim rozprawil, teraz jego trup lezy przy wejsciu na balkon), natomiast u dziewczyn mieszkal gigantycznych rozmiarow konik polny...

Od paru dni troszkę pada, znaczy jest pięknie potem leje potem znów jest pięknie... i tak ni tu isc na plaze, ni tu siedziec w pokoju... chociaz na plaze jeszcze i tak byśmy nie poszly, gdyz bylysmy ostatnio chore... rozlozylysmy sie w trojke jak jeden maz (w sumie jak jedna zona) i przespalysmy prawie dwa dni, dobrze, ze tu sie nas pytali jak sie czujemy i czy wszystko okej bo polska jakos wtedy zaniemogla i nikt nas nie wspieral w naszej chorobie :( czujcie sie winni ;) Cale szczescie ze nasz przyjaciel z Tajwanu studiuje medycyne wiec troche ponaciskal jakies zyly i zyjemy.


oko, czas konczyc bo jeszcze tyle do zdzialania dzis,
przesylamy miliony buziakow jak zwykle i do przeczytania!
Danusia, Paulina, Marta

P.S. Pocztowki mozecie nam wysylac na adres: Koniec Swiata 3, Sergeevka /blisko Odessy

poniedziałek, 5 lipca 2010

c.d.

Codziennie inna "atriada" jedzie na wycieczke do... hmm, nie pamietamy gdzie, ale przedwczoraj tez tam bylysmy. Po pasjonujacej wycieczce dwupietrowym autokarem, bez klimatyzacji, wysiad lysmy cale mokre na parkingu przed ok. bardzo starymi ruinami zamku, z ktуrych roztacza sie przepiekny widok na Morze Czarne.


Dobrze, a teraz kilka sіlow najprawdziwszej prawdy, wszyscy mуwia do nas po rosyjsku i uwazaja to za calkowicie normalne, tym sposobem na prawde Paulina i Marta mуwia juz (tak nam mуwia) bardzo dobrze i rozumiemy tez bardzo sporo, Danusia po woli zaczyna kumac ;) Zaprzyjazniamy sie z nauczycielami i instruktorami sportu, prowadzimy bardzo dluuuuugie rozmowy z nimi po rusku. przez caly dzieс staramy sie rozmawiac z dzieciaczkami jak najwiecej zadawac im jakies pytania, tak, zeby zaczely mуwic po angielsku. Super jest to, ze kiedy przyjechalysmy nikt slowem sie po angielsku do nas nie odezwal, a teraz jak nas widza to juz z daleka wolaja 'hello' (wym. helol z glebokim gardlowym l). Mamy takze swoich licznych adoratorow (znaczy sie Paulina i Marta, no i Yesim- z turcji dlatego juz jej nie lubimy) jednak nasze rozmowy opieraja sie glownie o imie, wiek, jak sie masz, czy idziecie nad morze albo dyskoteke, puszczamy sobie oczka i szeroko sie usmiechamy :) Z niektorymi jednak jestesmy juz na kolejnym etapie, przy spiewaniu, czy tez czytaniu Puszkina w oryginale :) Zdarzyl sie nawet przypadek oswiadczyn i porywania do oltarza... Takze kolejne wakacje, a takze Nowy Rok zapowiadaja sie swietnie! Mamy znajomych w Kijowie, Odessie, Moskwie, Sergeevce, ktorzy juz pozapraszali nas do siebie :)

Z racji tego, ze najwyїsza pora przylansic konczymy nasze wywody :) zyczymy Wam udanych wakacji, wypoczynku i tropikow w polszy, o nas sie nie martwcie dajemy sobie rade, bawimy sie calkiem dobrze, tylko te dziury w podlodze lazienki...
milion buziakow, Danusia, Paulina, Marta :*

Plan dnia

Plan dnia- jak zauwazylisci, nie korzystamy zbyt czesto z internetu, wynika to z tego, ze mamy bardzo napiety plan dnia, pracujemy 6 dni w tygodniu!!! nasz dzien zaczyna sie o 7:30 poranna plenarka (po ros. pleniorka! na prawde!) na ktorej Kruella De Mon (nasza direktorka) krzyczy po wszystkich wychowawcach a my nic nie rozumiemy. Domyslamy sie ze po nas rowniez krzyczy jednak dalej nie rozumiemy, dlatego tez jak wiesc gminna niesie do 6 lipca, mamy nauczyc sie biegle rosyjskiego (Paulina i Marta, sa najblizej osiagniecia tego jakze wysoko postawionego celu, ale dalej lubia udawac tepe, powtarzajac jak mantre 'nje panimaju pa rusku' co do Danusi i Turaskow- dalej nic a nic nie rozumieja,) Po plenarce, radosnym krokiem zdarzamy na poranna gimnastyke. w tym momencie zaczyna sie takze nasza ciezka praca- jestesmy glowna atrakcja porannej gimnastyki ( w sumie to calego obozu...) i nie potrzebny nam alien na koszulce, zeby dzieci gapily sie na nas jak na ufo. Po rozruszaniu bioderek, raczek, pleckow, glowek, wypowiedzeniu okolo miliona razy 'hello', wszyscy zycza nam 'prijatnowo apetita' i idziemy na sniadanko (patrz haslo 'jedzenie'). Potem roznie, albo idziemy nad morze (dokladnie to wsiadamy do lodki, ktora plynie przez zatoke, w kierunku morza), albo malujemy paznokcie (bycie atrakcja wymaga poswiecen i dbania o siebie), albo odsypiamy zeszlonocne, budowanie przyjazni pomiedzy narodami, albo planujemy popoludniowa wycieczke, czasem nawet robimy pranie ostatnio co raz czesciej gdyz ubrania z kategori 'czyste' oraz 'jeszcze nadajace sie do ubrania' sie skonczyly, jednak nie przejmujemy sie zbytnio, gdyz niektorzy tutaj chodza w tych samych koszulkach 4 dni pod rzad... o godzinie 13:30 mamy obiad i bawimy sie w zgadywanke co bedziemy dzis pysznego jesc: kasze, ryz czy ziemniaki oraz jaka temperature bedzie to mialo. po pysznym obiedzie idziemy na popoludniowa plenarke, na ktorej jest dokladnie to samo co na porannej, tylko ze wtedy zbiera nam sie na popoludniowa drzemke... czasem przysypiamy, czasem probujemy zgadnac o czym mowa, czasem stroimy sobie glupie miny z chopakami z naprzeciwka, albo gramy z Brusem (chlopak Marty!) w kolko i krzyzyk na naszych nogach, rekach czasem nawet dekolcie. Potem mamy troche czasu na odpoczynek (slawa meczy), wybieramy sie do naszego bardzo dobrego znajomego, ktory nad zatoka sprzedaje wina domowej roboty. Po degustacji polowy z nich decydujemy sie na wybor pierwszego, otrzymujac wiec poltora litra wina w plastikowej butelce po wodzie mineralnej. Potem dbamy o odpowiednie umiesnienie naszych posladkow, lydek i ud, gdyz nad zatoke prowadzi lilion schodow w dol, i jak latwo mozna sie domyslic w drodze powrotnej- w gore! Potem robimy runde honorowa dookola wszystkich 3 budynkow, wolajac na prawo i lewo 'hello', 'how are you?' (a niech maja!) Potem wracamy do naszej komnaty, z lozkiem z baldachimem i przygotowujemy wieczorne lekcje angielskiego. o 19 nadchodzi czas na kolacje, na ktorej mowimy pare razy 'prijatnowo apetita' i 'spasiba' i potem...... mamy lekcje agielskiego! nasze grupy maja wiecej niz 2 osoby :D Danka i Paulina wraz z Turaskiem zaawansowanie prowadza konwersacje z cala 5 ktora plynnie mowi po angielsku (na obozie mamy ponad 1000 -TYSIAC - dzieci). Dwie turczynki prowadza grupe na poziomie 'cos tam mowia' a Marta jako, ze sama swietnie rozumie po rosyjsku i takze plynnie mowi, ma grupe, z ktora ostatnio liczyla do 100, a zaczela od alfabetu :) Czasem po lekcjach jest koncert, na ktorym dzieci pokazuja co potrafia (a potrafia wiele! tancza, spiewaja, przebosko!) a potem jest.... DISCO! :D codziennie :D co drugi dzieс gra dla nas DJ SMILE (po ros. ul-lypka), ktory uwielbia trance/techno/elektro, wiec wtedy otwieramy wino (...ze swoja dziewczyna...) i probujemy wczuc sie w klimat imprezy (umpc umpc umpc jeb jeb jeb bum bum bum!) oczywiscie idziemy do Alabamy ( nasz wspanialy klub) potanczyc (przylansic- to przeciez jest w naszym JD). Wszystkie dziewczynki chca byc takie jak my, wiec powtarzaja za nami kazdy umiejetnie obmyslony ruch taneczny, natomiast chlopaki wpatruja sie na nas maslanymi oczkami. O 23 kiedy dyskoteka jest skonczona, dalej w spokoju degustujemy nasze wino, czasem, ktos do nas wpadnie, pogada po rusku, czasem po turecku, czasem jestesmy translatorami z rosyjskich wierszy...
Sergeevka (czyt, Sjergjewka)- gleboka dziura, na poludniu Ukrainy, powstala po nuklearnej wojnie. Na zgliszczach powstalo kilka osrodkow o przeznaczeniu 'wypoczynkowym', do ktorych co roku wagonami bydlecymi dowozone sa uszczesliwione dzieci z krajow bylego Zwiazku Radzieckiego. Oprocz tego krajobraz urozmaicaja szkielety nie dokoсczonych budowli, jak i pola i pola, i jeszcze pola. W wyniku radioaktywnego napromieniowania mozna noca zauwauwazyc swiecace sie punkty, niektorzy z naszych nowych przyjaciol, maja po dwie glowy, siedem palcow, trzy rece, w zadkich przypadkach dwa psipsiorki. Czas w Sergeevce nie podlega zadnym miarom. Tu 'wszystko' 'zyje' swoim wlasnym rytmem... nawet nasze 'jedzenie' na stolowce.

Jedzenie- w sumie to jak przez mgle majaczy nam sie to slowo... w Sergeevce chyba mowia tak o:
sniadanie- zimny makaron z czyms miesopodonym o ksztalcie ogromnej parowy, ktora dostalismy dzien wczesniej na kolacje. Czyli standard kolonijny. makaron mozna 'zapic' lepka, biaіa mazia, ktorej jeszcze nie mialysmy skosztowac, gdyz nasze skurczone zoladki jeszcze sie na tyle nieuodpornily.
Obiad- kazdego dnia kuchnia zaskakuje nas nowa kompozycja smakow i aromatow. Raduje nas bardzo, ze zostaіo nam kilka zupek chinskich, z ktorych skrzetnie wygrzebujemy przyprawy i zabieramy ze soba. Zupka mniam, mniam. Kartoflanka- smakuje dokladnie tak jak... ciut slona woda, barszczyk- smakuje jak hmmm ciut slona czerwona woda, ostatnio nawet mielismy jarzynowa, w ktorej po za ziemniakami przy glebszej analizie mozna bylo znalezc sladowe ilosci fasoli i skorki z pomidora (ktorego nie zjedlismy na sniadanie przyp. autor). Podsumowujac nasze posilki, przeszlysmy na diete ogorkowo- pomidorowa, gdyї sa to glowne zjadalne czesci naszych posilkow.
Priwjet!
Odessa, co by tu duzo mowic, po trzech dniach spedzonych na walizkach, nie wiedac gdzie spedzimy kolejna noc, wycagnelysmy wnioski, ze przy zamawianiu ryzu z warzywami, dobrze znac rosyjski bo nie opacznie mozna dostac ryz z owocami morza, ktory jak sie okazuje niezbyt nam smakuje. Po spedzeniu miliona godzin na Odesskim LCMie, na ktorym nauczylysmy sie wielu przydatnych rzeczy o projektach, miedzy innymi o WWC (World Without Condoms, kiedys WWB przyp.autor), o ich motto 'No TM = no members= no sex', jak sie przenosi wirus HIV (wiecie, ze komary nie przenosza wirusa? mamy nadzieje, ze tak!), oraz odkrylysmy jak nasze mlode ciala reaguja na czynnik jakim jest nuuuuuuuuda. Opanowalysmy do perfekcji przejazdy tutejszymi autobusami (marszrutkami- zapamietajcie to sіowo ;) ), w ktуrych zblizajac sie do miejsca wysiadki musisz panu kierowcy powiedziec gdzie ma sie zatrzymac! i ta wlasnie droga dotarlysmy do.... Sergeevki!

czwartek, 24 czerwca 2010

Priwjet! Eta Odessa... :)


"Proszę zapiąć pasy. Możliwe turbulencje."

Będziemy podchodzić do lądowania.

- Marta, morze! Widzisz morze?

Z nosami przyklejonymi do maleńkiego okienka samolotu, podziwiałyśmy równe pola ukraińskich zbóż. Dalej widać było przepiękne Morze Czarne i jego liczne zatoki, razem z piaszczystymi plażami.

- To już Odessa?
- No, chyba.
- Uff, lądujemy.
- Co tak trzęsie??
- Yyy, to chyba pas startowy odesskiego lotniska.
- Jezu, gorzej niż polskie drogi.

Teraz najgorsze przed nami, czyli przejście na drugą stronę mocy - spotkanie twarzą w twarz z ukraińskimi urzędnikami.

- No to co wpisujemy? Gdzie mieszkamy?
- Eee, podobno w każdym ukraińskim mieście jest ulica Puszkina.
- No to dalej, adres docelowy: Puszkina 5.

Na razie nie wiemy, czy w Odessie rzeczywiście taka ulica istnieje, ale póki co "formalnie" na niej mieszkamy :)

Po drugiej stronie maleńkiego budynku lotniska, stoi niebywale chudy chłopak, ok. 16 l. i trzyma kartkę z napisem AIESEC (przynajmniej o tyle mniej problemów). Gdy podeszłyśmy do Kostji (Kostek), wydawał się nieco zaskoczony. Czym? Nie wiemy. Choć przypuszczam, że chyba chodziło o wielkość walizki Danusi. Pomógł zakupić potrzebne do telefonów SIM karty, które nie chciały pasować do jednego z telefonów, żądając jakiegoś bzdurnego kodu ograniczającego. Po wytłumaczeniu dosyć zawiłego sposobu funkcjonowania ukraińskiej telefonii komórkowej, wychodzimy z budynku lotniska, gdzie napada na nas zgraja taksówkarzy, oferujących swoje usługi. Wybieramy jednak tradycyjną komunikację miejską - marszutka! (Ponieważ żaden z miłych panów, nie chciał wieź naszych skromnych bagaży za mniej niż 50 hrywien:))

...cdn. Idziemy na LCM :)