czwartek, 24 czerwca 2010

Priwjet! Eta Odessa... :)


"Proszę zapiąć pasy. Możliwe turbulencje."

Będziemy podchodzić do lądowania.

- Marta, morze! Widzisz morze?

Z nosami przyklejonymi do maleńkiego okienka samolotu, podziwiałyśmy równe pola ukraińskich zbóż. Dalej widać było przepiękne Morze Czarne i jego liczne zatoki, razem z piaszczystymi plażami.

- To już Odessa?
- No, chyba.
- Uff, lądujemy.
- Co tak trzęsie??
- Yyy, to chyba pas startowy odesskiego lotniska.
- Jezu, gorzej niż polskie drogi.

Teraz najgorsze przed nami, czyli przejście na drugą stronę mocy - spotkanie twarzą w twarz z ukraińskimi urzędnikami.

- No to co wpisujemy? Gdzie mieszkamy?
- Eee, podobno w każdym ukraińskim mieście jest ulica Puszkina.
- No to dalej, adres docelowy: Puszkina 5.

Na razie nie wiemy, czy w Odessie rzeczywiście taka ulica istnieje, ale póki co "formalnie" na niej mieszkamy :)

Po drugiej stronie maleńkiego budynku lotniska, stoi niebywale chudy chłopak, ok. 16 l. i trzyma kartkę z napisem AIESEC (przynajmniej o tyle mniej problemów). Gdy podeszłyśmy do Kostji (Kostek), wydawał się nieco zaskoczony. Czym? Nie wiemy. Choć przypuszczam, że chyba chodziło o wielkość walizki Danusi. Pomógł zakupić potrzebne do telefonów SIM karty, które nie chciały pasować do jednego z telefonów, żądając jakiegoś bzdurnego kodu ograniczającego. Po wytłumaczeniu dosyć zawiłego sposobu funkcjonowania ukraińskiej telefonii komórkowej, wychodzimy z budynku lotniska, gdzie napada na nas zgraja taksówkarzy, oferujących swoje usługi. Wybieramy jednak tradycyjną komunikację miejską - marszutka! (Ponieważ żaden z miłych panów, nie chciał wieź naszych skromnych bagaży za mniej niż 50 hrywien:))

...cdn. Idziemy na LCM :)