piątek, 13 sierpnia 2010

Końcówki

Privyet!

Z racji tego, że bardzo długo nic nie było, postanowiłyśmy to ciut nadrobić :)
Otóż gdy wróciłyśmy na nasz cudny kamp o wdzięcznej nazwie 'czajka' (tłum. mewa) wszystko poszło w miarę z górki...
tydzień w Segreevce z Anią wykosztował nas niemiłosiernie, nie wiedzieć czemu ale zleciał on jak z bicza strzelił, miała okazję przywitać się z morzem, pożegnać się z morzem, poznać całą masę Ukraińskich Don Juanów ;P no i trafić na naszego cudownego Sylwestra, który spędziłyśmy na plaży, pijąc szampana Odessa, i patrząc na wschód słońca :) także w związku z tym wszystkim, życzymy wszystkiego najlepszego w nadchodzącym nowym roku ;P
Pierwsze pożegnania rozpoczęły się gdy dziewczęta opuszczały nasz prześliczny koniec świata, odczułyśmy je wszystkie bardzo bolośnie, jednak dla Marty i Danusi (chwała Bogu!) nie był to jeszcze koniec... W Segeevce spędziłyśmy jeszcze kilka słonecznych dni, i kilka upojnych nocy ;P Żegnając się prawie każdego dnia (pominę, że także nocy, okej?) z każdym dniem było co raz bliżej i bliżej finalnej daty wyjazdu a humory z dnia na dzień były co raz bardziej grusne (rozumiecie o co cho nie? bo Marta nie może znaleźć polskiego słowa...). W przeddzień wyjazdu rozpacz jak możecie się domyślić się skumulowała, poobściskiwałyśmy się i wycałowałyśmy ze wszytskimi (nawet z przystojnym panem dyrektorem, który btw ma 23 lat, Danka mówi, że mam napisać, że ją też ucałował...) no i uszłyśmy do naszej Czajeczki. Nieomeszkałyśmy następnego dnia z rana wpaść jednak na plażę, gdzie usłyszałyśmy, że chyba jednak nigdy nie wyjedziemy (kto się ze mną wczoraj żegnał? no jedziemy po obiedzie- tak, tak teraz po obiedzie, potem po kolacji, potem jutro, a potem nigdy ;P - Pan Dyrektor ;P)Jednak wyjechałyśmy, zaraz po obiedzie zebrałyśmy nasze walizeczki i ruszyłyśmy na jakże wygodną marszruteczkę. W sołnecznym spotkała nas jakże miła niespodzianka, w ciągnięciu walizeczek pomógł nam chłopak Marty, który konspiracyjnym tonem oświadczył, że ucieka z tego kampu na zawsze do domu i jedzie z nami. I całe szczęście bo swoim cudownym humorem, śpiewaniem, żartami i dziwnymi wierszykami, o babci i wnuczku, którzy jedli piasek, rozwiał troszkę chmury rozpaczy, które nad nami od paru dni wisiały.
Po nocy spędzonej u buddyego Marty, paląc sziszę i jedząc jedzenie (inne niż to na kampie, nie zerkajcie pod hasło jedzenie wcześniej), plotkując i słuchając rosyjskiej muzyki do 5 rano... wstałyśmy rzeskie, piękne i pachnące o 8 rano, aby do 23:49 włóczyć sie po Odessie czekając na pociąg do Simferopola....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz